Archiwum bloga.
- Hanoi.
Okolice Rzeki Czerwonej.
CZYTAJ DALEJ





- Bangkok – prosimy o zapięcie pasów.
Panie i Panowie zapinamy pasy i otwieramy książeczki czekowe.
Wskakujemy w rollercoaster o imieniu Bangkok! Dlaczego o imieniu? Bo to musi być człowiek! Trochę betonowy, trochę lanserski, trochę oldskoolowy.
To miasto, to życie, to moc i siła! 38 stopni. Wykańcza. Sekunda i zbawienna ulewa ochładza organizm.
Wymiękasz?
Obracasz się i wchodzisz do centrum handlowego, gdzie sztuczne 19 stopni przywraca siły witalne.
Nadal Ci słabo?
Odwróć się i zaglądnij do ulicznego sprzedawcy, chłodny ananas lub red dragon już na Ciebie czeka!
Na ciepło? Wskakuj w smakowe seafood czyli owoce morza, a może sushi z przenośnego straganu?
Jesz, smakujesz, wąchasz, wciągasz – zażywasz narkotyku o nazwie (imieniu) Bangkok!
Szukasz ekstremum?
Wbijasz się w tłum seksturystów na Soi Cowboy i już jesteś oblegany przez dziewczyny krzyczące “Hello Sexy Man”!
Za mało?
Wskakujesz na lekcje tajskiego boksu, i ociekający krwią wracasz do swojego boxu w swojej superhipermegakorporacji błyszczącej nad miastem podrobionego wszystkiego – tutaj nawet słońce jest marki Dolce & Gabbana!
Już się obudziłeś?
Nie! Sen trwa dalej! Dzisiaj wieczorne zakupy na Siam Square! :)
CZYTAJ DALEJ

















- Kuala Lumpur jeszcze raz [In love with KL].
In love with KL.
To nie jest wielka metropolia. Przynajmniej mentalnie. Ruch uliczny jest spokojny,
brak ogromnej ilości “naganiaczy” na cuda azjatyckich terapii czy
supermegawypasione riksze.
To miejsce koi nerwy. Uspokaja. Można bezproblemowo się wyłączyć. Wrzucić
wolniejszy bieg. Miasto, które wciąga podróżnika. Wystarczy wsiąść do
prawdziwego monoraila czyli klimatyzowanej kolejki, która na jednym torze
przemyka nieopodal KLCC (Kuala Lumpur City Center), rozkoszować się widokiem
dwóch strażników tego miasta czyli ulubionych przez nas Twin Towers.
Jedynie 1,5 miliona mieszkańców co jak na azjatycką stolicę jest niewiele. Dużo
przestrzeni. Stara architektura koegzystująca w symbiozie z nowoczesnymi
drapaczami chmur. Uliczne stragany z wszelkiego rodzaju jedzeniem serwowanym
najczęściej przez Chinczyków i Hindusów, wraz z bardzo amerykańskimi
Starbucksami oplatającymi wszechobecne centra handlowe.
Nawet hostel (Pondok Lodge Kuala Lumpur – 60 rm/noc) ma bardzo domową
atmosferę. Nikt nie wchodzi tutaj nikomu w drogę. Młodzi gap yearowcy (dzieciaki
zazwyczaj z UK robiący sobie przerwę w nauce) nie przeszkadzają, młodym
małżeństwom podróżującym często z małymi dziećmi.
Wszechogarniający uśmiech i jeszcze raz spokój. Po raz kolejny odpoczynek po
niespokojnych Indiach.
Zdecydowanie można stwierdzić, iż konfi guracja podróży: najpierw Indie potem
Azja Południowo-Wschodnia jest, była jak najbardziej prawidłowa. :)
Aha nawet Hindusi zasymilowani z lokalasami jacyś łagodniejsi są…
Trochę nocnego życia – które wreszcie jest!
Można się zakochać w tym mieście.
P.S. To nasz hub przesiadkowy dzięki airasia więc jeszcze zaglądniemy tu kilka
razy. Do zobaczenia KL. :)
CZYTAJ DALEJ










