Archiwum bloga.
- Wietnam – wjazd i pierwsze wrażenia.
Socjalizm vs. kapitalizm.
Zostawiamy Kambodżę za nami. Zostawiamy za sobą dopiero odbudowujące się Phnom Penh. Brudne i zanieczyszczone, pozbawione jak dla nas charakteru. Wcześniej organizujemy sobie wizę do Wietnamu.
Wiza do Wietnamu w Phnom Penh.
Uwaga. Spotkaliśmy się z wieloma wpisami na dużej ilości blogów, że jasne bez problemu można załatwić sobie wizę do Wietnamu w konsulacie w Phnom Penh. Oj. Ale dziwnym trafem każdy bloger załatwił ją sobie przez pośrednika :) Oczywiście załatwienie wizy jest możliwe, ale trzeba się przebić przez tłum “staczy”, i wiedzieć gdzie i komu wręczyć dowód wdzięczności by nie czekać na nią np. 3 dni. My po pierwszych planach stwierdziliśmy, że to misja niewykonalna. I zgłosiliśmy się do pośrednika (niebieskie biuro nad rzeką Mekong) gdzie za jedyne 37 USD załatwiono nam ją w pół dnia. Za 32 USD można ją mieć ale w cały dzień. Droga do Wietnamu minęła bez wiekszych komplikacji, w sumie to nuda, nawet pan celnik oscentacyjnie okazywal swoje znudzenie (nasz przewoznik autobusowy do biletu nie doliczyl “prowizji granicznej” = 2h patrzenia panu celnikowi w jego piekne oczy)
Sajgon? Zaskakujący!
Zaskakujący. Wbrew wszelkim napisom podczas drogi i na wizie: Socialist Republic of Vietnam, wszechobecnym plakatom z Ho Chi Minhem i Sierpem i Młotem. Dynamiczny wujek “Kapitalizm” ma się tu całkiem dobrze. Neony, modnie ubrani mieszkańcy, butiki Louis Vuitton, Prada itp. oraz targi ze wszystkim i niczym. Wszechobecne podróby i odrzuty z fabryk na targu Ben Thanh Market (udany zakup to m.in. drugiego gatunku torba Crumplera za 1/4 ceny w budce zdaje się nr 717 oraz dwuosobowy śpiwór z jedwabiu za 5 USD oczywiście po ostrym targowaniu :). Uwaga wszyscy przestrzegają przed kieszonkowcami i złodziejami na motocyklach którzy wyrywają z rąk torby – my na szczęście mieliśmy oczy wokoło głowy i nic złego się nie stało. Noclegi? W dzielnicy backpackerskiej jest ich setki już od 10 USD za dwójkę z klimatyzacją, darmowym WI-FI i nie ma sensu rezerwować czegokolwiek wcześniej.
Ciąg dalszy nastąpi…
CZYTAJ DALEJ
- Magiczno-ekumeniczny autobus, awaria i ziomek ze Śląska (+krośnieński bonus).
Magic Bus.
Autobus dla wierzących w… właśnie dla tych co po prostu wierzą.
Kaplica na wyposażeniu. Jest Matka Boska, jest bóg Shiva i jest zdjęcie
mekki, do tego Pan kierowca opala autobus kadzidłami, jeśli sam nie ma kadzidełek, z pomocą przychodzi mu “profesjonalny gwizdajła”, który o poranku maszeruje przez miasto ze swoim flecikiem i świętym bykiem oferując spirytualne “okadzenie” sklepu czy pojazdu (oczywiście co łaska).Ponieważ jest to standardowy autobus tzw. “ordinary bus” wygląda jakby miał się za chwilę rozpaść. Kierowca chyba wierzy, iż swoista ekumeniczna kaplica uchroni jego niesamowity pojazd i pozwoli wykonać jeszcze wiele kursów.
Niestety po ok 3 kilometrach magiczny autobus staje w szczerym polu. Organizuje się od razu liczna grupa “specjalistów”, która zaklina wzrokiem otworzony już silnik pojazdu. Nadal nic. Usilne nadzieje i pełny wiary wzrok indusów nie pomaga. Autobus nie rusza.
Co bardziej niecierpliwi uciekają. My wychodzimy na zewnątrz odetchnąć świeżym powietrzem. Zaraz za nami wychodzi chłopak. Zagaduje po polsku. Jest to Wojtek, ze śląska. To jego druga wizyta w Indiach, tym razem spontaniczna. Ma 300 dolarów przy sobie i chęci na udany trip. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że jego dziewczyna jest spod Krosna!! :)
Świat jest mały – jak zwykle.Wkrótce podjeżdża zapasowy autobus. Dojeżdżamy wspólnie do Margao. Wojtek odbija do Hampi, a my do Panaji.






Trasa autobusu:
CZYTAJ DALEJ



